|
sobota, 19 grudnia 2009
Biblioteczne życie
Ostatnio wpadają mi do głowy bardzo szalone pomysły. Pewnie przez to bieganie, które niestety musiałem olać ze względów zdrowotnych. Nie mniej jednak, na fali dobrej kondycji fizycznej, a przez to intelektualnej, wpadłem na pomysł napisania artykułu naukowego. Zainspirował mnie do tego również znajomy, prezes polskiej Partii Piratów. Chodzi o dozwolony użytek prywatny w internecie. Temat wyśmienity, nie obrobiony w specjalistycznej prasie prawniczej. Świetnie, pomyślałem. Napiszę, podeślę jakiejś branżowej gazecie naukowe i będę miał jedną publikację naukową na koncie. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Przeszukałem więc bazy bibliografii, by najpierw przeczytać to, co o dozwolonym użytku prywatnym już napisano. Wiadomo, by dostarczyć jakąś nową myśl, najpierw trzeba poznać inne krążące wokół danego tematu. Z bibliografię pognałem do biblioteki Politechniki Radomskiej, podobno najlepszej biblioteki uczelnianej na całym Mazowszu, z wyjątkiem Warszawy. Kształcą studentów administracji, więc mają również księgozbiór prawniczy. Wyszukałem w katalogu czasopism interesujące mnie gazety. Zamówiłem i przeszedłem następnego dnia, by odebrać konkretne numery. Co się okazało? Z siedmiów zamówionych, otrzymałem... trzy w tym jeden błędnie wybrany przez miłą panią bibliotekarkę. - Czemu nie ma tych konkretnych numerów, skoro widnieją w katalogu? - zapytałem. - Trudno powiedzieć. Może studenci pokradli jak nie było jeszcze elektronicznych bramek. Może poginęły - odpowiedziała miła pani. Ale nic straconego, pomyślałem. Jest jeszcze biblioteka UMCS-u w Lublinie. Tam na pewno mają wszystko, co zamówiłem w biblitece PR plus to, czego w Radomiu nie mają. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że również tam część czasopism poginęła. Niezły śmiech. Tylko co ja teraz zrobię? Pewnie będę musiał pofatygować się do Biblioteki Narodowej w Warszawie... Ciężkie jest życie naukowca ;]
poniedziałek, 07 grudnia 2009
Galerie wszystkiego
Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jaką karierę robi ostatnio słowo "galeria"? Kiedyś zwykle oznaczało galerię sztuki. To takie miejsce, gdzie można rzucić okiem na obrazy, fotografie czy instalacje artystyczne. Po prostu. Dla wielu nic specjalnego. Sytuacja zmieniła się radykalnie wraz z nadejściem wielkich, eleganckich centrów handlowych. Powstały galerie handlowe. Ale to nie koniec. Zaobserwujcie sami. Galerie są już niemal wszystkiego. Jakiś czas temu trafiłem na galerię alkoholi. W sumie bardzo ładna nazwa. Dziś jednak zaskoczenie było większe. W moim mieście istnieje bowiem... galeria uśmiechu. Jak widać, kreatywni bywają nie tylko marketingowcy wielkich sieci handlowych, ale również stomatolodzy. Mc Życie w odwrocie
Reserved mnie nie chce. Nie wiem dlaczego. Może konkurencja studentów łaknących McPracy jest duża. Może nie jestem kobietą, może mam nie ten typ temperamentu, jaki lubi kierownik sklepu. Nieważne. Szkoda w sumie. Odbywa się to ze stratą dla mojego bloga.
czwartek, 26 listopada 2009
Rekrutacja trwa
Wczoraj miałem bardzo intensywny dzień. Odbyłem dwie rozmowy o pracę, choć generalnie pracy nie szukam. O drugiej napiszę następzasnym razem. Pierwsza rekrutacja była prowadzona przez firmę doradztwa finansowego. Podobno są największą tego typu firmą w kraju, choć w ogóle o nich nie słychać. Dzień wcześniej zadzwoniła do mnie miła pani i poinformowała, że zostałem polecony przez koleżankę, wymieniając przy tym jej nazwisko. Pani zaprosiła mnie na rozmowę kwalifikacyjną. Zastanawiała się, czy jestem zdziwiony telefonem, ale nieskromnie stwierdziłem, że spokojnie można wyguglować moje wszystkie dane, przebieg edukacji i pracy zawodowej, więc telefon nie jest dla mnie zaskoczeniem. Doszedłem więc w duchu do wniosku, że pewnie wie o mnie więcej niż może się wydawać. Na rozmowę się zgodziłem. Dokonałem jednak jednego zastrzeżenia: jeśli chodzi o umowę agencyjną, czyli wynagrodzenie uzależnione wyłącznie od efektów pracy, np. liczby pozyskanych klientów, nie interesuje mnie taka forma. Pani zapewniła jednak, że szukają osób na różne stanowiska, a szczegóły omówimy na spotkaniu. Spotkanie odbyło się w całkiem miłej atmosferze. Pani była świetnie przygotowana. Zadawała dobre pytania i podawała przykłady, które były bardzo przekonywujące. Pewnie wcześniej ona, albo osoba przygotowująca skrypt do tego typu rozmów, przestudiowała jakiś podstawowy podręcznik do psychologii społecznej. Ot, choćby podawanie pozytywnych przykładów z własnego życia. Czytaj: wykorzystanie zasady autorytetu. Takich sytuacji było oczywiście więcej. Po zakończeniu rozmowy, miła pani wyprosiła mnie na chwilę do sekretariatu. Poczekałem dosłownie 15 sek., po czym - podjeciu decyzji o tym, czy się nadaję czy nie, jak sądzę - zaprosiła mnie ponownie do przytulnego pokoju i poinformowała, że może mnie umówić na kolejny etap rekrutacji, czyli rozmowę z dyrektorem regionu. Była jednak w kłopocie, bowiem w czasie poprzedniej rozmowy zauważyłem, że wprowadziła mnie w błąd w sprawie umowy agencyjnej, której miało nie być. Dałem też do zrozumienia, że jestem sceptyczny wobec takiej formy. Zapewniłem jednak miłą panią, że jestem otwarty na współpracę i dużo zależy od treści umowy i rozmowy z dyrektorem regionu. Zaznaczyła jednak, iż rekrutacja trwa i nie ma pewności, że firma złoży mi propozycję współpracy. Rozmowa z dyrektorem regionu odbędzie się za godzinę. Nie wybieram się jednak na nią, choć wolałbym zobaczyć treść umowy i wszystkie ciekawe zapisy, które tego typu firmy stosują. Np. o zakazie konkurencji po zakończeniu współpracy. Rozmowa była udana. To ciekawa sprawa uczestniczyć w takich spotkaniach. Będę robił to częściej.
wtorek, 24 listopada 2009
Nowy image redaktora Ziemkiewicza
Mam dla Was prawdziwego newsa sprzed kilku minut. Informuję o tym jako pierwszy. Redaktor Rafał Ziemkiewicz, były działacz Unii Polityki Realnej, publicysta "Rzeczpospolitej", zmienia image. To chyba była operacja plastyczna. Mam wrażenie, że tak pokochał swojego publicystycznego idola i kolegę redakcyjnego, że postanowił pójść na całość. Sami zobaczcie klikając TUTAJ. Jaka praca, taka płaca
Zastanawialiście się kiedykolwiek, co najbardziej zwraca Waszą uwagę, gdy wchodzicie do sklepu z odzieżą? Ja już wiem. Na potrzeby postępowania w rekrutacyjnego w Reserved, musiałem o tym pomyśleć. Mnie najbardziej interesują, zwracają moją uwagę, bardzo stonowane kolory, które są używane w tym sklepie. Nad jednym się tylko zastanawiam. Jak duże znaczenie miała ankieta, którą wypełniłem starąc się o stanowisko sprzedawcy? I czy wszyscy, którzy zostawili swoje CV zostali zaproszeni na rozmowę? Ciężko powiedzieć. Ja zostałem. Moje pytanie o to, w jakim języku będziemy rozmawiać, chyba było głupie. Może nie tyle głupie, co zaskakujące. Moją rozmówczynię, jak sądzę, lekko zdziwiło. Rozmowa jutro. Ciekawe czy przejdę ten etap. I czy zdecyduję się na tą McPracę. Swoją drogą, to może być bardzo ciekawe intelektualnie doświadczenie. Jutro napiszę jak mi poszło. Problemy bioetyczne w Polsce
Wczoraj byłem na spotkanie z Tomaszem Terlikowskim. Doktorem filozofii religii, dziennikarzem, publicystą katolickim. Zaproszony gość mówił o tym, w jaki sposób polskie media relacjonują fundamentalne spory etyczne w Polsce. Chodziło głównie o aborcję, eutanazję, zapłodnienie in vitro. Główna teza Terlikowskiego brzmi tak: W walce o pełną legalizację i finansowanie zapłodnienia in vitro stosuje się grę na emocjach. Obrazuje to następujący przykład. Debata w telewizji. Zaproszeni goście: jedni przeciwni, drudzy popierający sztuczne wspomaganie prokreacji. Najpierw materiał filmowy. Pokazuje się szczęśliwą parę z dzieckiem na ręku, która mówi: Pięć lat staraliśmy się o dziecko. Było nam tak ciężko, tak pragnęliśmy by Kasia przyszła na świat. Udało się. Gdyby nie in vitro, cierpielibyśmy dalej. Mechanizm działania takiego materiału jest bardzo prosty. Normalny człowiek w duchu się wzrusza i potem nie słucha żadnych argumentów. Każdy obrońca życia jest zbywany stwierdzeniem: Nie szkoda Panu/Pani tych tysięcy rodziców pragnących posiadać potomstwo? Tylko in vitro może im pomóc. Wszystko pięknie. Też pewnie kiedyś będę miał dzieci i rozumiem tę naturalną potrzebę. Zdaję sobie sprawę, że niemożność posiadania potomstwa powoduje spore cierpienie. Jest jednak jedno "ale". Szacuje się, że na świecie żyje około 3 mln osób poczętych w drodze in vitro. Tylko nie dodaje się przy tym, że aby oni mogli przyjść na świat, trzeba było uśmiercić albo zamrozić (zwykle wychodzi na to samo) około 12 mln innych osób! Koszty są więc ogromne. O aborcji i klonowaniu wspomnę następnym razem, bo to również temat - rzeka. Może trochę bardziej oczywisty niż zapłodnienie pozaustrojowe. Zobaczymy co się będzie działo dalej w sprawach bioetycznych w Polsce. Póki co dochodzą do nas sygnały, że matka chce np. uśmiercić leżącego w śpiączce syna. Czekam tylko (oczywiście, mam nadzieję, że się tak nigdy nie stanie, choć raczej jestem pesymistą...), aż wyjdzie jakiś zdenerwowany zięć czy synowa i powie: Strasznie męczy mnie mój teść / teściowa. Prawo powinno pozwalić mi rozstać się z nim / nią godnie. Zresztą dla państwa będzie taniej jak się pozbędziemy tego "problemu". Szokujące? Pewnie tak. Ale mnie już chyba nic w tym świecie nie zdziwi. Następnym razem postaram się by było mniej pesymistycznie :)
poniedziałek, 23 listopada 2009
Let's start running
Po wczorajszej imprezie rodzinnej, połączonej ze spożyciem sporej ilości kilkokalorii, postanowiłem coś z tym zrobić. Zdecydowałem więc wczoraj, że dziś będę biegał. Tak też uczyniłem. Wstałem więc rano, naturalnie budząc się o godz. 8.30. Napiłem się soku i przygotowałem do wyjścia. Moja wytrzymałość okazała się jednak podobna do tej, którą miałem poprzedniego dnia wieczorem, również podczas biegania. Cała aktywność związana z bieganiem trwała niewiele ponad 20 min. Samego truchtu był pewnie niecały kwadrans. Jasne, wiem, że nie od razu Kraków zbudowano. Na początku najważniejsza jest motywacja. Bieganie dwa razy dziennie po kwadrans i tak będzie niezłym wyczynek, korzystnie odbijającym się zarówno na zdrowiu, kondycji jak i utrzymaniu odpowiedniej wagi. Nawet nie wyobrażacie sobie jak trudno przełamać się do takiej aktywności! Właściwie nie tyle przełamać się, ile utrzymać założoną normę, czyli np. te nędzne 15 min. To ciągła walka z samym sobą. Podobnie jak z paleniem tytoniu. Masz ochotę, która jest coraz większa. Z minuty na minutę myślisz o tym coraz intensywniej. Nie tylko psychika, ale również organizm przypomina ci o papierosie. Tak to sobie wyobrażam. Własnych doświadczeń nie mam, bo nigdy nie paliłem. W bieganiu jest podobnie. Biegniesz pierwsze 200 m wolnym truchtem i jest okej. Potem odpoczywasz idąc. Następnie znów biegniesz i po 15 sekundach masz ochotę położyć się na trawie i nic nie robić przez kolejny kwadrans. Istna masakra. Każdy kolejny odcinek idzie coraz gorzej. Oczywiście, zdają sobie sprawę, że z każdym dniem będzie coraz lepiej. Za kilka tygodni będę mógł bez problemu biec 15 min bez przerwy. Potem pół godziny, czy godzinę. Oczywiście, o ile nogi i kręgosłup mi nie wysiądą.
niedziela, 22 listopada 2009
Żenujący żarcik prowadzącego
Generalnie było miło. To była typowa impreza rodzinna, w której, jak zwykle zresztą, uczestniczyłem. Lubię takie balety, choć polegają głównie na obżeraniu się, picu wina i gadaniu z ciotkami. Ale skoro mawiają, że jestem miły, sympatyczny i wygadany, czułem się całkiem okej. Impreza dotyczyła mojego brata, który kilka dni temu obchodził 18-ste urodziny. Przyszły ze trzy ciotki, dwóch wujków i kilka babć. Siedzieliśmy, gadaliśmy, piliśmy wino. Nazbyt senny nie wypiłem go zbyt dużo. Nie chciałem zaliczyć snowego zgonu. W pamięci utkwił mi jeden kawał: Jasio, Małgosia i Jasir zdają egzamin komisyjny w obecności dyrektora szkoły. Pytanie do Małgosi: Małgosiu, przeliteruj słowo "mama". Dziewczynka próbuje: m-a-m-a. - Świetnie, Małgosiu. Otrzymujesz promocję do drugiej klasy - mówi dyrektor. Teraz Jasio, który ma przeliterować słówko "tata". Wycwaniony chłopak powtarza sposób koleżanki: t-a-t-a. - Świetnie. Otrzymujesz promocję do trzeciej klasy - z zadowoleniem oznajmia nauczyciel. Teraz Jasir. Zadowolony chłopiec słucha pytania. Na co dyrektor: - Proszę przeliterować: Dyskryminacja narodowo-rasowa w świete uregulowań prawnokonstytucyjnych. Ale spotkanie miało też poważniejsze akcenty. Był taki moment, że się zgadało o ściąganiu materiałów z sieci. W rozmowie z wujkiem, doktorem nauk chemicznych, teologiem, stwierdziłem: - Ściągam sporo książek z sieci. Można znaleźć dużo ciekawych materiałów. Są wątptliwości, czy legalnie. Na co on: - Ale Summy Teologicznej św. Tomasza z Akwinu w trzydziestu kilku tomach pewnie nie ma - stwierdził. Przyniosłem laptopa i sprawdziłem. Była. W ciągu kwadransa znalazłem i ściągnąłem 40 mb żywego tekstu. Prawie 8 tys. stron. Wujek był lekko zaskoczony. Jak widać zaskoczyć można nawet naukowca. A dzieło życia św. Tomasza możecie ściągnąć googlując frazę: summa teologiczna site:peb.pl Zwykłe malinowe piwo
To był zwykły, szary dzień. Siedziałem spokojnie na brzegu werandy domu swoich rodziców. Właściwie o niczym nie myślałem. Byłem zbyt zmęczony na tak ambitną rozrywkę. Po pewnym czasie usnąłem. Obudziłem się jednak po chwili. - What the fuck is going on? - pomyślałem w duchu. - Mam tak zwykłe życie. Nic się nie dzieje. Studia mnie nie interesują, dziewczyna zostawiła, rodzice nie rozumieją. I jeszcze to słodkie piwo, które pijam kilka razy w tygodniu. O, fuck. Ja to mam przerąbane. |
O autorze
|